Dlaczego założyłam bloga

Pisanie tego bloga jest wyrazem mojego posłuszeństwa Bogu, który już przed kilkoma laty zachęcał mnie do pisania. Celem jego jest zaświadczenie, że Jezus jest żywy i realny, a Bóg działa w życiu wierzących, którzy Go szukają i Jemu wierzą. Jest pisany ku zachęcie i inspiracji, aby z wytrwałością i pasją podążać za Jezusem. Zasadą Bożą jest, że prawda wyzwala. To, co piszę, przyniosło wolność do mego życia, więc wierzę, że przyniesie i do Twojego, o to też się modlę… A jeśli poczujesz się zachęcony/-a moimi postami, poleć proszę tego bloga swoim znajomym, aby Imię Jezusa było uwielbione „przez dziękczynienie wielu.” Zachęcam Cię jednak przede wszystkim do medytowania nad Biblią, aby "zaświeciła ci prawda Ewangelii" (Ef 4, 17-24).
Istnieje możliwość zamówienia książki, która powstała w oparciu o teksty z bloga. W celu zakupu proszę o kontakt na maila hakiiki@gmail.com

Bieżące informacje z misji w Ugandzie (2010-2013):

Jak czytać bloga

Zachęcam do chronologicznego czytania bloga. W tym celu proszę najpierw wejść do archiwum (po lewej stronie pod ulubionymi linkami) i wybrać rok 2007, a następnie zjechać na sam dół strony.

środa, 12 listopada 2008

Jeszcze Polska nie zginęła...

Chcę napisać o niezwykłych zmianach politycznych i duchowych, które nastąpiły na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat w Ugandzie.

Kiedy w latach siedemdziesiątych Uganda była pod dyktaturą Idi Amina, ludzie nie mieli wolności w niczym. Poza tym stale wzrastał poziom zakażeń wirusem HIV. Ogólnie mówiąc, bez wdawania się w szczegóły, warunki życia ludzi były bardzo trudne.

W tych okolicznościach nastąpiło przebudzenie w Ugandzie, zapoczątkowane wytrwałą modlitwą dwóch młodych ludzi, którzy wychowani w kościele anglikańskim, nie doświadczali przejawów Ducha Świętego, jak to miało miejsce na początku chrześcijaństwa. Postanowili więc modlić się, pościć i czytać Biblię, aby znaleźć odpowiedź i tak natrafili na fragment z drugiej Księgi Kronik 7:14: „Jeśli upokorzy się mój lud, nad którym zostało wezwane Moje Imię, i będą błagać, i będą szukać Mego oblicza, a odwrócą się od swoich złych dróg, Ja z Nieba wysłucham i przebaczę im grzechy i kraj ich ocalę”.

Zainspirowani przez ten fragment, zaczęli się modlić o swoją przemianę i zostali ochrzczeni Duchem Świętym, zaczęli też mówić innymi językami. W takich okolicznościach rozpoczęli rozgłaszać na wszystkie strony Ugandy przesłanie 2Kr 7:14, przechodząc cały kraj i wzywając wszystkich do upamiętania, nawrócenia i pokuty. Ludzie zaczęli się masowo nawracać, porzucając swe grzeszne drogi oraz bezbożne życie. Doświadczali przy tym fizycznych uzdrowień i duchowych uwolnień.

Nieco później Pan dał wizję założenia „Góry Modlitwy za Narody” pastorowi Johnowi Mulinde, który jest znany na całym świecie z nauczania na temat uświęconego życia i walki duchowej. Na jego górę modlitwy w Kampali schodzą się tłumy, by tam wołać o przemianę dla swego kraju, a także za inne kraje. Chcę Wam powiedzieć, że wiszą tam różne flagi, a wśród nich – flaga Polski. W Ugandzie modlą się o Polskę! Chwała Bogu!

Pan dał wizje założenia tego rodzaju gór modlitwy wstawienniczej za narody także pastorom w wielu innych częściach Ugandy. W regionie Tooro, gdzie przebywałam, taka góra znajduje się około 15 km za wioską Kaihura, jadąc na zachód, w Kasozi. Założył ją w 2003 roku, z Bożej inspiracji, wspomniany już przeze mnie pastor Paul. Tam również Ugandyjczycy modlą się za Polskę!

Ten skromny trzydziestoletni pastor, Paul Busobozi, jest niezwykłym wojownikiem w modlitwie walki duchowej. Na tej górze ludzie doświadczają uzdrowień i uwolnień od demonów.

Jak wiele służb w Ugandzie, tak i jego służba, zwana „24 hour prayer network” („dwudziestoczterogodzinna sieć modlitewna”), potrzebuje naszego finansowego i modlitewnego wsparcia. Jeśli więc ktoś czułby pragnienie bycia finansowym partnerem służby pastora Paula, może wpłacać pieniądze na podane konto z dopiskiem „Pastor Paul”, a my mu prześlemy te pieniądze. Mogę też podać adres do korespondencji z pastorem Paulem.

Pastor Paul jest niezwykle aktywny i pełen poświęcenia w tym, by realizować daną mu przez Boga wizję zakładania tzw. „ołtarzy modlitewnych”, dlatego jego służba stale rozszerza się na okoliczne regiony, a nawet już istnieje w Kongo, angażując tysiące ludzi do modlitwy wstawienniczej za siebie, swe rodziny, naród, a także inne kraje. Poza tym pastor Paul organizuje ewangelizacje szkół, szpitali, więzień, opiekę nad sierotami i wdowami. Prowadzi przytułek dla bezdomnych, jadłodajnię, opiekę nad chorymi, zakłada grupy modlitewne, organizuje konferencje chrześcijańskie i podejmuje wiele innych inicjatyw. Polecam go Waszej modlitwie i proszę w jego imieniu na finansowe wsparcie na jego służby. Poświadczam jego wiarygodność.

W Ugandzie od wielu lat panuje wyjątkowa atmosfera duchowa, która charakteryzuje się otwartością ludzi na publiczne mówienie o Jezusie. Na dziesięć autobusów, w siedmiu puszcza się muzykę chrześcijańską, a sklepy mają biblijne nazwy. To jest niezwykłe. Przemiany przychodzą do życia pojedynczych osób i grup.

Fala przebudzeniowa ogarnęła wszystkie denominacje chrześcijańskie w Ugandzie, dlatego można tam zaobserwować znaki mocy tak w kościele protestanckim, jak i w kościołach tradycyjnych. Bardzo znany jest katolicki ksiądz John Bashobora, który nawet był kilkakrotnie w Polsce. Ten ksiądz, modląc się za zmarłych, widział ich powstanie z martwych, nie mówiąc już o wielu ludziach, uwalnianych od demonów i uzdrawianych z różnych chorób. Także podobne znaki potężnego działania Bożego mają miejsce w kościołach protestanckich. Chrześcijanie łączą się tam także w trosce o zbawienie niewierzących, robiąc wspólne ewangelizacje.

Powoli przychodzą też pozytywne polityczne i społeczne zmiany dla kraju, jak również obserwuje się zdecydowany spadek zachorowań na AIDS. Prezydent Ugandy Yoweri Museveni na rozmowie z pastorem Johnem Mulinde powiedział: „oddaję Ugandę w wasze ręce, wystawienników”. A oni oddają Ugandę Jezusowi Chrystusowi, ogłaszając Go Królem Ugandy i wstawiając się za swój kraj.

Weźmy naukę z przebudzeniowej historii Ugandy, by całymi kościołami, zborami i wspólnotami ukorzyć się przed Panem, na podstawie 2Kr 7:14, w oczekiwaniu na duchową zmianę w naszej ojczyźnie! Myślę, że jest pewien grzech, za który szczególnie Polacy powinni pokutować, a mianowicie antysemityzm. Żydzi są nacją, do której ludzie odczuwają nieuzasadnioną wrogość i miało to miejsce w wielu krajach na przestrzeni wieków. W XX wieku diabeł poprzez Hitlera, Stalina i muzułmanów na Bliskim Wschodzie starał się wygubić Żydów. Czyż to nie zdumiewa? Czy jest inny naród, który byłby tak prześladowany „za nic”?

Kiedy jednak czytamy Biblię, widzimy, że powtórne przyjście Jezusa będzie ściśle związane za narodem wybranym – Izraelem. Jezus przyjdzie jako Król do swego narodu – do Jerozolimy. „Ten Jezus, który od was został wzięty w górę do nieba, tak przyjdzie, jak Go widzieliście idącego do Nieba” (Dz 1:11 oraz podobne fragmenty: Łk 21:27; Obj 1:7).

W Księdze Rodzaju 12:2-3 czytamy, co Bóg powiedział do Abrahama: „Będę ci błogosławił i imię twoje rozsławię; staniesz się błogosławieństwem. BĘDĘ BŁOGOSŁAWIŁ TYM, KTÓRZY CIEBIE BĘDĄ BŁOGOSŁAWIĆ I BĘDĘ ZŁORZECZYŁ TYM, KTÓRZY TOBIE BĘDĄ ZŁORZECZYĆ. Przez ciebie będą otrzymywały błogosławieństwo wszystkie ludy ziemi”. Wynika z tego jasno, że mamy błogosławić naszych starszych braci w wierze – Żydów. Błogosławić, czyli „dobrze mówić” o nich i modlić się o pokój w Izraelu. A jeśli może tu w Polsce znamy jakiś Żydów to błogosławmy ich, ilekroć się z nimi spotykamy. Wierzę, że Słowo Boże jest prawdą wieczną i jeżeli Bóg przed kilkoma tysiącami lat powiedział, że będzie błogosławił tym, którzy będą błogosławić Żydom, to ja wolę być pod Bożym błogosławieństwem, niż przekleństwem.

Widzę, że Bóg pobudza wielu wierzących w Polsce, by nie tylko jeździli na wycieczki do Izraela, ale szczególnie aby modlili się i błogosławili potomków Abrahama, Potrzebujemy bowiem, aby to szczególne błogosławieństwo Boże stało się udziałem naszego narodu!

Jeszcze Polska nie zginęła… póki chrześcijańscy wstawiennicy tu żyją! Módlmy się za rządzących w naszym kraju, a szczególnie intensywnie módlmy się za nowe wybory, aby ludzie bezbożni nie rządzili nami! Chcemy prezydenta i rząd, który służy Jezusowi, ustalając Boży porządek w Polsce i w Unii Europejskiej.

Słyszałam o pozytywnych przemianach na Łotwie, gdzie ewangeliczni chrześcijanie mają realny wpływ na rządy w swym kraju. Podobnie jest na Ukrainie. Słyszałam, że kiedyś, gdy chciano zrobić paradę homoseksulaistów w Kijowie, Pastor Sunday Adelaja poszedł do burmistrza miasta i powiedział: „ja i mój kościół nie zgadzamy się na tę paradę, jeśli pan ją zrobi, będzie miał Pan do czynienia z moim Bogiem” i parada się nie odbyła. Oczywiście jego kościół też się o to modlił.

Słyszałam o podobnych sukcesach w walce przeciwko homoseksualizmowi na Łotwie, jak na przykład doprowadzenie do opuszczenia Łotwy propagatorów bezbożnej kultury homoseksualnej, finansowanej przez Georga Sorosa, wspierającego promocję dewiacji w krajach byłego Związku Radzieckiego.

Łotewski ewangeliczny kościół stanął razem, aby wyrazić w modlitwie swoją niezgodę w wymiarze duchowym na przejmowanie przez bezbożnych ludzi kontroli nad ich krajem. Wyrażali tę niezgodę także licznymi publicznymi protestami i wygrali, bo choć walczyli z Goliatem, walczyli ubrani z zbroję Bożą, idąc w autorytecie potężnego Imienia Jezus w modlitwie walki duchowej.
Stańmy razem w modlitwie, wołając o przełomy w naszym osobistym życiu, a także w naszym kraju, abyśmy kiedyś mogli usłyszeć naszego prezydenta publicznie wyznającego: „ja sam, mój dom i moja ojczyzna, będziemy służyć Panu!” (Joz 24:15).

„Zalecam więc przede wszystkim, by prośby, modlitwy, wspólne błagania, dziękczynienia, zanoszone były za wszystkich ludzi: za królów i za wszystkich sprawujących władzę, abyśmy mogli prowadzić życie ciche i spokojne z całą pobożnością i godnością. Jest to bowiem rzecz dobra i miła w oczach Zbawiciela naszego, Boga, który pragnie, by wszyscy ludzie byli zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1Tm 2:1-4).

Wolą Bożą dla wszystkich państw na świecie jest to, by tam było „shalom”, a wszyscy ludzie byli „rabah”. Otwarcie przyznając się do Jezusa, jesteśmy w świecie znakiem sprzeciwu, jak sam Jezus, który dla niektórych stał się „kamieniem potknięcia, a dla innych skałą zbawienia” (1P 2:6-8). My mamy być solą dla tej ziemi i światłem dla świata, a światła nie przykrywa się pod korcem (Mt 5:13-16).

Mamy być kapłanami przed Bogiem, ale królami w świecie, a nie odwrotnie. Przejmując swój królewski autorytet nad obszarami, które nam Pan powierzył, wchodźmy we wszystko jak Król Dawid, który był uniżony przez Bogiem, ale z odwagą zdobywał ziemie, które Pan chciał dać Izraelowi.

„Wy zaś jesteście wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem na własność Bogu przeznaczonym, byście ogłaszali dzieła potęgi tego, który was wezwał z ciemności do swego przedziwnego światła” (1P 2:9-10).

Idźmy więc do świata, jak królowie, w oczekiwaniu na wspaniały powrót Króla Królów i Pana Panów – Jezusa Chrystusa, który powróci w całym swym majestacie i blasku: „sam bowiem Pan zstąpi z nieba na hasło i na głos archanioła, i na dźwięk trąby Bożej (…), potem my, którzy pozostaniemy przy życiu wraz z nim będziemy porwani w powietrze, na obłoki naprzeciw Pana i w ten sposób zawsze będziemy z Panem” (1Tes 4:16-17).

piątek, 16 maja 2008

Ukryte skarby cz. 1

Choć wydawałoby się, że blog mój został stworzony na czas pobytu w Ugandzie, są jeszcze sprawy, o których chciałam pisać w czasie mojego pobytu w Ugandzie, ale zapracowanie w ostatnich tygodniach mojego pobytu na misji niestety mi to skutecznie uniemożliwiło.

To, co czym będę pisać w temacie ukrytych skarbów, podzieliłam na kilka części, aby się lepiej czytało.

Kilka tygodni temu miałam doświadczenie, które mnie zdziwiło. Otóż moje serce napełniło się lękiem. Nie pamiętam, kiedy ostatnio się bałam. Nie zgadzam się na obecność żadnego lęku w moim życiu, gdyż lęk paraliżuje i sprawia, że patrzymy na okoliczności, a nie na Jezusa, który może wszystko. Ktoś powiedział, że w Biblii jest 365 razy użyte słowo „nie bój się”, a więc na każdy dzień roku. Bóg wie, że szczególnie potrzebujemy tego rodzaju zachęty. Trudno nam jednak po prostu nie bać się. A zapominamy, że martwienie się jest takim samym grzechem jak każdy inny, gdyż w Biblii czytamy wielokrotnie, że mamy się nie martwić. Na przykład w liście do Filipian czytamy: „O nic się już zbytnio nie troskajcie, ale w każdej sprawie wasze prośby przedstawiajcie Bogu w modlitwie i błaganiu z dziękczynieniem. A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie” (Flp 4, 6-7). Tego rodzaju fragment powinniśmy znać na pamięć, aby w sytuacji zmartwienia sobie go przypomnieć i powierzać swe troski z zaufaniem Bogu, który nas kocha i któremu na nas zależy (1P 5, 7).

Doświadczyłam jednak, że oprócz powierzenia Bogu swoich trosk, w moim sercu nadal był lęk. Zastanawiałam się, co z nim zrobić. Przypomniałam sobie, że Biblia mówi, iż lęk pochodzi od diabła. Wobec tego wiedziałam, że należy mu się przeciwstawić, bo to jako skuteczny środek poleca nam Bóg: „przeciwstawcie się diabłu, a ucieknie od was” (Jk 4, 7).

W tym kontekście pojawiło się w moich myślach wspomnienie pewnej sytuacji z Ugandy, kiedy to dyrektorem szkoły zawodowej, którą prowadzi organizacja „Bringing Hope To The Family”, został wybrany pewien człowiek. Była to jego pierwsza praca tego typu i wobec tego miał wiele pytań i w ogóle był bardzo niepewny swego autorytetu jako dyrektor. Niejednokrotnie słyszałam jego rozmowy z Faith, które dotyczyły pozwolenia mu na pewne zmiany w szkole i za każdym razem Faith mu powtarzała: „John nie musisz przychodzić do mnie co tydzień, aby się pytać, czy możesz zrobić to, czy tamto. Ja ci ufam. Masz ode mnie pozwolenie (autorytet) do tego, aby decydować o wszystkim, czego dotyczy twoja praca. Oczekuję od ciebie tylko raportów.” Jednakże pan John po kilku dniach znów się pojawiał w biurze i znów pytał, czy może zrobić coś tak, albo tak. Ja prawie od samego początku uważałam, że ten człowiek nie będzie dobrze wypełniał swoich obowiązków, gdyż nie działał w autorytecie, jaki otrzymał od dyrektorki. Nawet go chyba nie rozumiał i nie korzystał z przywilejów tego rodzaju autorytetu. Pojawiły się wobec tego problemy z młodzieżą w szkole, która go nie szanowała i nie słuchała. Działo się tak, gdyż widać po nim było, jaki jest wszystkiego niepewny i nie postępuje w autorytecie, jaki miał. W końcu sam zrezygnował.

Kojarzy mi się to z sytuacją uczniów Jezusa, kiedy płynęli łodzią i była burza, a Jezus spał. Oni byli przestraszeni i sądzili, że utoną. W końcu obudzili Jezusa, żeby ich ratował. Jezus rozkazał burzy i nastała cisza na jeziorze. A do uczniów powiedział: „czemu pełni lęku jesteście i małej wiary?” (Mk 4, 40). Gdyby Jezus nie miał podstaw, to by im wyrzutów nie robił. Uczniowie Jego już zdążyli się napatrzyć na wiele cudów, które Jezus czynił i nad Jego władzę nad demonami. Zostali wybrani jako apostołowie, aby został im przekazany Jezusa autorytet. W tamtym czasie jednak jeszcze tego nie rozumieli, że mieliby autorytet w Imieniu Jezus, aby rozkazać burzy, by się uciszyła. A za chwilę byli przecież wysłani, aby głosić Ewangelię, uzdrawiać i uwalniać ludzi od demonów właśnie w tym autorytecie. I nie tylko apostołowie, ale też inni uczniowie z nimi, którzy dostali taki sam autorytet. Ciekawe jest też, że tę lekcję z łodzi dobrze zapamiętali, gdyż niedługo potem, jak nie chciano przyjąć Jezusa w jednym z miast samarytańskich Jakub i Jan powiedzieli do Jezusa: „czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich?” Zdali sobie w końcu sprawę, że mają taki autorytet, aby rozkazywać wystąpieniu nawet takich zjawisk przyrodniczych, jak „ogień z nieba”, jak to zresztą miało również miejsce w przypadku Eliasza (2Krl 1, 9-14).

Jako chrześcijanie mamy autorytet w potężnym Imieniu Jezus nad okolicznościami w naszym życiu, które mogą się nam wydawać jak ta burza na jeziorze. Mamy też autorytet nad chorobami i nad demonami. Mamy go, bo Jezus nam go przekazał: „tym, którzy uwierzą te znaki towarzyszyć będą: w IMIĘ MOJE złe duchy będą wyrzucać (…) na chorych ręce kłaść będą, a ci odzyskają zdrowie” (Mk 16, 17-18). Nie ma tu co prawda mowy o autorytecie nad okolicznościami, ale przecież Jezus w innym miejscu powiedział coś na temat wiary: „kto powie tej górze: , a nie wątpi w duszy, lecz wierzy, że spełni się to, co mówi, tak mu się stanie” (Mk 11, 23) i o mocy Jego Imienia: „o cokolwiek byście prosili Ojca da wam w IMIĘ MOJE” (J 16, 23). To słowo „prosić” użyte w tym kontekście jest tym samym słowem, które oznacza także „domagać się czegoś w sytuacji, gdy to się komuś należy w racji prawa”. Jezus mówi nam, że od kiedy uwierzyliśmy w Niego, mamy prawo domagać się od Boga wysłuchania nas, gdy powołujemy się na Imię Jezusa, oczywiście, gdy modlimy się zgodnie z wolą Bożą.

Często jednak nie rozkazujemy tym „burzom” w naszym życiu, by się uspokoiły, gdyż nie wiemy, czy to jest zgodne z wolą Bożą. A nie wiemy, co jest wolą Bożą, a co nie, bo nie czytamy Biblii. W Liście do Rzymian 12, 2 Apostoł Paweł pisze: „przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża, co jest dobre, co Bogu przyjemne i co doskonałe”. O tym jest też mowa w Liście do Efezjan 4, 23. Natomiast w Ef 5, 17-19 jest wyjaśnione, że będziemy potrafili rozróżnić, co jest wolą Bożą kiedy będziemy napełniać nasze myśli Słowem Bożym. O tym jest też mowa w Księdze Powtórzonego Prawa 6, 6-7, w Księdze Barucha 4, 1-4 i wielu innych miejscach w Piśmie Świętym. Tak więc czytanie i rozważanie Biblii pomoże nam z łatwością rozróżniać, co w naszym życiu się dzieje jako wola Boża, a co nie, a także czy to, o co się modlimy jest zgodne z wolą Bożą. I czy należy o to prosić Boga, czy raczej wyznawać. Mam tu na myśli przede wszystkim modlitwy za siebie samych.

Faith powiedziała mi, że w Ugandzie są chrześcijanie, którzy modlą się o cudzy samochód lub inną cudzą własność. Podchodzą na przykład do samochodu, który im się podoba, kładą na nim ręce i wyznają, że w Imię Jezusa ten samochód będzie do nich należeć. Oczywiście tym chrześcijanom brak poznania spraw autorytetu, mądrości i zdolności rozróżniania. Bóg nie obala jednego prawa (naszego prawa do własności), aby ustanowić inne, no chyba, że my sami z rezygnujemy z naszych osobistych praw dla spraw Królestwa Bożego, ale to już zupełnie inna historia.

Jak czytamy Dzieje Apostolskie, to widzimy Apostołów i innych wierzących, którzy dokonywali znaków i cudów w Imieniu Jezus. Dziś też w Kościele Jezusa tak się dzieje. W Ugandzie w kościołach protestanckich oraz w kościele katolickim Bóg powołuje charyzmatycznych wierzących, którzy rozumieją sprawę autorytetu jaki mamy w Imieniu Jezus i kiedy modlą się za opętanych, ci doznają uwolnienia, a kiedy modlą się za chorych, ci doświadczają uzdrowienia w Imieniu Jezus! Spotkałam też wielu takich wierzących w Polsce.

Wracając do wątku, od którego zaczęłam. Zdałam więc sobie sprawę, że lęk mnie zaczyna paraliżować, a wcześniej przecież oddałam ten problem Bogu i postanowiłam się nie martwić, wciąż jednak czułam, że nie mogę się pozbyć tego lęku. Wobec tego zdecydowałam się przeciwstawić diabłu i temu lękowi w Imieniu Jezus, aby pokój i odwaga wypełniły me serce. Powiedziałam więc: „w Imieniu Jezus przeciwstawiam się lękowi, który jest w moim sercu i nie zgadzam się na niego. Wyznaję, że mam pokój serca w Imieniu Jezus, przez wiarę w Bożą obietnicę, że jeśli ja powierzam me troski Panu, to On się nimi zajmuje, a pokój wypełnia me serce. Dziękuję Ci Boże za Twoją miłość i za Jezusa, który jest moim pokojem”. I lęk odszedł, a pokój Boży wypełnił me serce.

Piszę o tym, aby zachęcić Was do stosowania modlitwy „niezgody”, czyli modlitwy, w której głośno wypowiadamy, że nie zgadzamy się na sytuację, jaką diabeł nam stworzył, aby utrudnić nam życie. I że nie zgadzamy się na chorobę i problemy, o których wiemy, że nie są wolą Bożą dla naszego życia. Trzeba nam być świadomym autorytetu, jaki mamy w Imieniu Jezus i tego, że jak w modlitwie „Ojcze Nasz” wyznajemy, żeby wola Boża była na ziemi tak, jak jest w Niebie, tak też wyznajemy to także nad swoim osobistym życiem. Nie prosząc o to, ale wyznając, że tak ma być i że tak będzie. To jest bowiem nasze dziedzictwo w Chrystusie i jeden ze skarbów w Nim.

Ukryte skarby cz. 2

Jezus powiedział, że wybrał nas, abyśmy przynieśli owoc (J 15, 16). Nie proszę więc o to, żeby przynieść Bogu owoc swoim życiu, ale ja wyznaję, że tak będzie i że moje życie będzie owocne. Mogę wyjaśnić temat „modlitwy wyznawania” na przykładzie. Rodzice mówią swemu dziecku: „na urodziny dostaniesz rower”. Tak więc dziecko zaraz biegnie do kolegów i by się pochwalić: „na urodziny dostanę rower!” I przy każdej sposobności mówi wszystkim w około: „niedługo dostanę rower!” Czy ma już ten rower, o którym tak pewnie mówi? Nie. Rozgłasza to z pewnością wiary, że rodzice go nie okłamią i dostanie ten rower, jak przyjdzie czas jego urodzin. Byłoby zupełnie niezrozumiałe, gdyby to dziecko przyszło za jakiś czas do rodziców i powiedziało: „proszę, kupcie mi rower na urodziny”. Rodzice by pomyśleli, że jest coś nie-tak z ich dzieckiem, bo przecież już mu obiecali rower, więc po co się jeszcze o niego prosi? My jednak często się tak zachowujemy, kiedy prosimy Boga o rzeczy, które On nam już obiecał, że je da i że jest Jego wolą, abyśmy je mieli. Myślę, że powinniśmy uważnie czytać Biblię, aby nie prosić o rzeczy, które Bóg chce nam dać i już nam o tym powiedział w swoim Słowie. Taka modlitwa prośby jest jak proszenie o już dawno obiecany rower. Czytając starannie Biblię znajdziemy obietnice dotyczące różnych sfer naszego życia. Ktoś jednak mógłby powiedzieć: „skoro Bóg już to obiecał, to po co to wyznawać?” Wyznawanie jest potrzebne budowaniu naszej wiary i trwaniu w radosnym oczekiwaniu na pewne spełnienie się danej obietnicy w naszym życiu.

Do modlitwy wyznania potrzebne jest, abyśmy wiedzieli, czego Bóg dokonał dla nas w Chrystusie, abyśmy wierzyli w to i wyznawali z wiarą. To właśnie nasze głośne wyznanie doprowadza do zamanifestowania się tych rzeczy w naszym życiu.

Czasem niektóre obietnice mogą wydawać się dość nierealne. Ale czy postępujemy i zachowujemy się tak, jakby były prawdziwe? Czy wyznajemy, że one są prawdziwe i że zrealizują się w naszym życiu? Powinniśmy zawsze najpierw z wiarą wyznać, że jest tak, jak mówi obietnica, zanim ona stanie się faktem w materialnym wymiarze. Zgodnie ze Biblią, ona już jest spełniona w rzeczywistości duchowej przez śmierć i zmartwychwstanie Jezusa, w którym wszystkie Boże obietnice są przecież na „tak” (2Kor 1, 20).

Gdy wyznaję kim jestem w Jezusie, niejako zabiegam o to i żyję tym, a wtedy przywłaszczam sobie to, co legalnie przez ofiarę Jezusa jest moje. Robię tak, aby przeżywać realnie moje chrześcijaństwo, które powinno przecież być bardzo praktyczne i nadawać smak mojemu życiu.

Może nasuwać się pytanie: "Jeśli to jest tak łatwo dostępne, to dlaczego tak wielu ludzi tego nie doświadcza?" Słyszałam kiedyś pewien przykład. Gdyby ktoś wygrał milion złotych na loterii, ale nie wiedziałby o tym, to wcale by mu się lepiej nie powodziło, mimo że te pieniądze należałyby już do tej osoby. A ta osoba byłaby w błędzie gdyby powiedziała, że ich nie ma. Wiele dóbr duchowych jest naszą własnością, lecz jeśli o tym nie wiemy, nie korzystamy z nich. Musimy więc je sobie przywłaszczyć, nie z legalnego, lecz z praktycznego (doświadczalnego) punktu widzenia, najpierw poprzez modlitwę wyznania.

Jest pewien fragment ze Starego Testamentu, który już nie raz pomógł mi w życiu. Są to słowa z Księgi Jeremiasza 29, 11. Bóg tam mówi: "Jestem bowiem świadomy zamiarów, jakie zamyślam, co do was, zamiarów pełnych pokoju, a nie zguby, by zapewnić wam przyszłość, jakiej oczekujecie". Sprawdziłam, jak ten fragment wygląda w oryginale hebrajskim. Słowo przetłumaczone jako „pokój” (shalom) oznacza nie tylko pokój, ale także bezpieczeństwo, pomyślność, szczęście, dobre samopoczucie, zdrowie, powodzenie, dobrobyt finansowy. To wszystko zawiera się w słowie „shalom”. Choć te słowa wtedy odnosiły się do Izraela, teraz dotyczą nas w takim samym stopniu poprzez fakt, iż dla wierzących wszystkie Boże obietnice są na “tak” w Jezusie. Wyznawałam więc tę Bożą obietnicę z Jer 29, 11 nad swoim życiem, szczególnie wtedy, gdy nie było w nim ani pokoju, ani poczucia bezpieczeństwa, ani pomyślności, ani spełnienia, ani szczęścia, ani zdrowia, ani powodzenia finansowego. Czasemtrwałam przy swoim wyznaniu przez wiele dni, tygodni, a nawet miesięcy zanim oglądałam manifestację tego, co wyznawałam ustami. Nie poddawałam się i nie zniechęcałam. Choć okoliczności od razu się nie zmieniały, ja byłam cierpliwa w dobrym wyznaniu, będąc pewna, że Bóg wysłuchał moją modlitwę i już mam to, co wyznałam. Wierzyłam że to mam, nawet jeśli jeszcze tego nie widzę. I ta obietnica się wypełniała! Mogłabym mnożyć przykłady na ten temat ze swego życia.

W trudnych sytuacjach zamiast płakać i prosić Boga o pomoc, trzeba nam otworzyć Biblię na fragmentach takich jak ten i innych w zależności od sytuacji, aby czynić dobre wyznanie wiary. Nawet w najgorszych czasach możemy mieć uśmiech na twarzy trzymając się na przykład takich obietnic: "Gdy pójdziesz przez wody, Ja będę z tobą i gdy przez rzeki, nie zatopią ciebie. Gdy pójdziesz przez ogień nie spalisz się" (Iz 43, 2). Takie też powinno być nasze wyznanie w podobnych złych okolicznościach. Podoba mi się tłumaczenie tego fragmentu w New Living Translation: „kiedy pójdziesz przez głębokie wody wielkich problemów, Ja będę z tobą. Kiedy pójdziesz przez rzeki trudności, nie utoniesz w nich. Kiedy pójdziesz przez ogień opresji i ucisków, nie spalisz się”.

Można też modlitwę dobrego wyznania porównać do listu w drodze. Jeśli ja rozmawiam z moją koleżanką w Australii i ona mówi, że właśnie wysłała mi pocztówkę, to choć ja jej fizycznie jeszcze nie mam, to cierpliwie czekam, aż ta kartka do mnie dojdzie. Jeszcze nie trzymam jej w swoich dłoniach, ale to nie znaczy, że jej nie mam. Spodziewam się jej wkrótce. I gdyby ktoś mnie zapytał: „czy dostałaś kartkę od Luciany?” Powiedziałabym, że właśnie na nią czekam. Ale mogłabym też zareagować inaczej i powiedzieć: „tak mi smutno, czekam i czekam na tę kartkę. Niby Luciana ją wysłała, a jeszcze jej nie ma. Pewnie gdzieś przepadła po drodze i już nie dojdzie”. Tak często robimy my, gdy nie trzymamy się wiary w konsekwentnym wyznawaniu. Modlitwa wyznawania to nie są magiczne formułki jak to jest w przypadku wątpliwej „potęgi podświadomości”, o której tak wiele się teraz pisze w literaturze ruchu “New Age”. Rzeczy, które się sobie tam po prostu wmawia, np. gdy ważę trochę za dużo, mam sobie wmawiać: „jestem szczupła” – a na podstawie czego? Modlitwa wyznawania to nie wmawianie sobie czegokolwiek, ale wyznawanie w Imieniu Jezus, że faktycznie „jest kartka, która została zaadresowana na moje nazwisko i ze ona do mnie należy”, czyli są Boże obietnice, które w Jezusie spełnią się w moim życiu, kiedy będę je wyznawać z wiarą.

Kiedy wyznajemy: "Ten, który jest w nas, większy jest aniżeli ten, który jest na świecie" (1J 4, 4), czyli "większy jest Ten - Jezus, który jest w nas, od jakichkolwiek mocy, które działają wokół nas" - wtedy wznosimy się do pozycji zwycięzcy. Nasze wyznanie jest niejako polem bitwy, decydującym o naszym zwycięstwie, bądź klęsce. Zamiast wyznawać wątpliwości i obawy, wyznawajmy wiarę w Bożą moc. Wyznawajmy to, co mówi Słowo, a wtedy nasza wiara będzie się umacniała i wzrastała. Szczególnie, że taki rodzaj modlitwy jest zgodny ze Słowem Bożym. Na przykład w Ewangelii Marka 11, 23 czytamy: „kto POWIE tej górze: , a nie wątpi w sercu swoim, lecz wierzy, że spełni mu się, co MÓWI, tak mu się stanie”. W tym fragmencie wyraźnie widzimy rolę głośnej modlitwy wyznawania z wiarą, a także Hbr 4, 14; Hbr 10, 23; Ap 12, 11, Pwt 6, 6-7.

Bardzo lubię czytać Biblię, bo jest to jak przygoda w poszukiwaniu skarbów. Skarbów ukrytych w Jezusie. Czuję się jak Indiana Jones w “Poszukiwaczach zaginionej Arki”, gdyż wiem, że jest gdzieś ukryty skarb, który uczyni moje życie spełnionym.

Ukryte skarby cz. 3

Pisałam wcześniej, że trzeba nam rozróżniać, kiedy prosić Boga o coś dla swego życia, a kiedy raczej wyznawać spełnienie się Bożych obietnic w naszym życiu. Ja sama wiele godzin „straciłam” na prośby o rzeczy, które Bóg już obiecał. Ileż to razy odmawiałam na przykład modlitwę o Bożą ochronę na drodze podczas prowadzenia samochodu! A Bóg już przecież obiecał, że będziemy chronieni. Taka modlitwa prośby jest jak proszenie o pożyczenie 5 zł, podczas gdy wygraliśmy na loterii 100.000 zł i one do nas prawnie należą. Jest o tym, że Bóg nas chroni na przykład w Psalmie 91, ale też w wielu innych miejscach w Biblii. Tak więc staram się uważnie czytać Biblię, aby raczej wyznawać (ogłaszać) że to, co Bóg obiecał, SPEŁNI SIĘ w moim życiu. I oczekuję tego, a wiara właśnie się wiąże z oczekiwaniem. Biblia mówi, że „ile jest obietnic Bożych w Jezusie wszystkie są na „tak”. Dlatego przez Niego wypowiada się nasze „Amen” (czyli „niech tak się stanie”) Bogu na chwałę” (2Kor 1, 20). Wobec tego mamy prawo w Jezusie przywłaszczać sobie Boże obietnice i ogłaszać ich spełnienie w naszym życiu w zależności od okoliczności. Przede wszystkim jednak musimy poznawać Słowo Boże, aby nie stosować „magicznych formułek” – modlitw w oparciu o fragmenty wyrwane z kontekstu lub bez podstaw biblijnych.

Modlitwa prośby w sytuacji, gdy raczej powinniśmy wyznawać Boże obietnice jest jak jazda pociągiem osobowym, zamiast IC: dużo wolniej, w gorszych warunkach, choć co prawda dużo taniej. Niewiele tak naprawdę kosztuje modlitwa prośby, no i możemy się tak „wyjęczeć” przed Bogiem, aż nam lżej. Czy chodzi o to, żeby było nam lżej, czy raczej, żeby widzieć manifestację Bożej mocy w swoim życiu? Owszem Jezus jest naszym Przyjacielem, któremu możemy o wszystkim powiedzieć, ale Jezus powiedział to o sobie w innym kontekście. Powiedział, że nazywa nas swymi przyjaciółmi, bo zwierzył się nam ze wszystkiego (J 15, 14-15). Już nie ma przed nami żadnych tajemnic. A to, co jest Jego – jest też i nasze: „jeżeli zaś jesteśmy dziećmi, to i dziedzicami: dziedzicami Boga, a współdziedzicami Chrystusa” (Rz 8, 17). O tym jest też mowa w Liście do Galatów 3, 26-29 i w Ga 4, 6-7. Modlitwa prośby, kiedy raczej powinniśmy uczynić dobre wyznanie wiary w Boże obietnice co do danej sytuacji w naszym życia sprawia, że niejako Bóg musi się zniżać do naszego poziomu. A czy nie lepiej, abyśmy sami się windowali do pozycji, jaką mamy w Jezusie przed Bogiem?

Pisałam kiedyś o moim uzdrowieniu z alergii i dziedzicznej choroby kolan. Stało się to właśnie na zasadzie modlitwy wyznawania, nie prośby. Jak mogę prosić Boga o uzdrowienie, skoro Bóg powiedział, że to jest Jego wolą (w wielu miejscach w Biblii). Na przykład w Pierwszym Liście Piotra 2, 24 jest napisane: „Krwią Jego (Jezusa) zostaliście uzdrowieni”. „Zostaliście” jest w czasie przeszłym, a nie przyszłym! W Księdze Izajasza 53, 5: „w Jego (Jezusa) ranach jest nasze zdrowie”. „Jest” jest w czasie teraźniejszym. Są rzeczy, o które należy prosić i Biblia nam wskazuje jakie są to rzeczy, ale są też inne rzeczy, których przyjście do naszego życia powinniśmy wyznawać, a nie prosić o nie. Jednakże, aby się dowiedzieć, które są które, trzeba czytać Biblię!

Czy nie chcemy, aby wola Boża wypełniła się w naszym życiu? Czasem niepotrzebnie zajmujemy się modlitwą prośby o sprawy, co do których mamy od razu zgodę Nieba. Wobec tego należy to ogłosić w rzeczywistości duchowej, a nie prosić o to. Dzieje się na podobnej zasadzie, jak ma to miejsce na rozprawie sądowej. W pewnym momencie po wysłuchaniu oskarżeń, obrońcy i świadków, sąd idzie podjąć decyzję, a potem wraca, aby ogłosić wyrok. Jezus powiedział, że diabeł został osądzony i jego zastępy rozbrojone (Kol 2, 15) i że w Jezusie zostały „zniszczone wszelkie dzieła diabła” (1J 3, 8). To jest ogólne dla całej ludzkości dopóki nie ogłaszamy tego faktem w swoim prywatnym życiu. My mamy ogłaszać ten wyrok, jaki już został podjęty nad diabłem – on jest pokonany! I to właśnie powinniśmy ogłaszać w modlitwie, że jest to faktem w naszym życiu. Jeśli diagnozujemy, że to co nas spotyka, jest dziełem diabła – to ogłaszamy nad nim wyrok i oczekujemy zaistnienia tego w naszym życiu. Stosowanie tego rodzaju modlitwy sprawia, że nasze życie staje się coraz bardziej życiem obfitości w Jezusie (J 10, 10).

Na koniec chcę dodać, że kiedy Bóg dał Izraelowi przykazania, jednocześnie dał inne zalecenie: „Niech pozostaną w twym sercu (umyśle) te słowa, które Ja ci dziś nakazuję. Wpoisz je twoim synom, będziesz o nich mówił przebywając w domu, w czasie podróży, kładąc się spać i wstając ze snu. Przywiążesz je sobie do ręki jako znak. Niech one ci będą ozdobą przed oczami. Wypisz je na twoich odrzwiach swojego domu i na swoich bramach” (Pwt 6, 6-9). Bóg to zalecał, gdyż zależało Mu, aby Izraelici doświadczali Jego błogosławieństwa w każdej dziedzinie życia – tego „shalom”, o którym pisałam wcześniej. Bóg wiedział, że mamy krótką pamięć, dlatego zalecił, aby uczono się Jego Słowa na pamięć i aby je wyznawano przy każdej sposobności. To jest przykład dla nas. Po pierwsze czytanie Biblii, po drugie rozważanie, po trzecie uczenie się Bożych obietnic na pamięć lub ostatecznie zaznaczanie ich w Biblii, aby je w sytuacji potrzeby z łatwością odnaleźć, po czwarte – wyznawanie ich nad swoim życiem z dziękczynieniem Bogu za Jezusa, w którym te obietnice są na „tak” dla naszego życia.

Ukryte skarby cz. 4

W obecnym czasie widzę, że Bóg pobudza Kościół do tego rodzaju modlitwy, w której sprzeciwiamy się diabłu okradającego nas z tego, co nam się „należy” w Jezusie. I nie dzieje się to na zasadzie modlitwy prośby, ale modlitwy wyznawania. W Liście do Kolosan czytamy: „w Jezusie są ukryte wszystkie skarby mądrości i poznania” (Kol 2, 3), a Jezus żyje w nas.

Świadczę, że dzięki modlitwie wyznawania nastąpiło wiele duchowych i materialnych przełomów w moim życiu. I oddaję chwałę za to Bogu, bo jak mówi Jezus: „jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa Moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to się wam spełni. Ojciec Mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się Moimi uczniami” (J 15, 7-8). Musimy pamiętać, że tam, gdzie w Nowym Testamencie mamy słowo „prosić” (gr. aiteo), oznacza ono jednocześnie „domagać się wytrwale”, „żądać, bo się należy z racji prawa”, „pragnąć” oraz „wzywać i jednocześnie zgłaszać się po odbiór”. Jezus mówi w tym fragmencie, że Ojciec dozna chwały, kiedy owoc obfity przyniesiemy i staniemy się Jego uczniami. Pewnie to droga na całe życie, ale jeżeli nasze owocowanie w tym roku, nie różni się od roku ubiegłego i poprzednich, to należy zbadać dlaczego i jeżeli nadal idziemy wytrwale za Bogiem, a nie owocujemy, to trzeba może zmienić sposób modlitwy – na wyznawanie tego, co jest w Ewangelii Jana 15, 16.

Wielu ludzi obecnie dąży do sukcesu. Ja wierzę, że modlitwa wyznawania jest drogą do sukcesu, nie tylko w życiu duchowym i to wcale nie znaczy, że uciekamy od krzyża. Tylko ważne jest, aby wiedzieć, co Jezus miał na myśli pod pojęciem „krzyża”, który mamy brać, by za Nim iść. Ważne więc jest, aby czytać Słowo Boże, aby nie wierzyć, że krzyżem w naszym życiu jest to, co nim faktycznie nie jest.

Jezus powiedział w Ewangelii Jana 15, 7: „jeśli Moje słowa w was trwać będą”. Greckie słowo „trwać” – „meno” oznacza także „mieszkać wspólnie pod jednym dachem”, „przebywać”, „być obecnym w tym momencie właśnie” oraz „pozostać”. Musimy pamiętać, że Słowo Boże trwa w nas na tyle, na ile je praktykujemy. Wielu ludzi wierzy w Jezusa, chodzi do kościoła, odmawia swoje modlitwy, itp., a jednak Słowo Jezusa w nich nie trwa i ich modlitwy nie przynoszą im rezultatów, jak choćby zmiany w ich chrześcijańskim charakterze i wzrostu w wierze. Musimy pozwolić, by treść Bożego Słowa miała znaczące miejsce w naszym życiu, a stanie się to także przez modlitwę wyznawania.

Zdaję sobie sprawę, że dla wielu z Was ten temat jest zupełnie nowy, dlatego chciałabym jeszcze podać kilka praktycznych przykładów. Niedawno wybrałam się do lekarza. Kosztowało mnie to parę przygotowań i poświęcenie wiele czasu, a gdy przybyłam na miejsce, okazało się, że lekarz nie przyszedł. Oczywiście byłam sfrustrowana. Poczyniłam jednak dobre wyznanie. W Pierwszym Liście Jana 5, 4-5 jest napisane: „Wszystko, co z Boga jest zrodzone, zwycięża świat; tym właśnie zwycięstwem, które zwyciężyło świat jest nasza wiara. A kto zwycięża świat, jeśli nie ten, kto wierzy, że Jezus jest Synem Bożym?” Moje wyznanie: Kochany Jezu tak Ci dziękuję, że jesteś ze mną w każdych okolicznościach. Jesteś ze mną, kiedy się cieszę i kiedy jestem sfrustrowana. Ja jestem narodzona z Boga i w moim sercu jest wiara, którą mam od Ciebie, a która zwycięża świat. Dziękuję Ci, że ta wiara przynosi mi pełnię zwycięstwa nad tym, co widzą moje oczy i co doświadczają moje uczucia. Dziękuję Ci, że oczyma wiary mogę oglądać, jak Ty stajesz się zwycięski w tych okolicznościach, które mnie frustrują i że mogę przebaczyć. Mogę widzieć oczyma wiary, jak Ty Jezu w sposób niesamowity rozwiązujesz problem mojej odwołanej wizyty u lekarza, choć czekałam na nią ponad miesiąc. Wyznaję, że Ty masz dla mnie zaopatrzenie w tej sytuacji i już teraz Ci za to dziękuję! Dziękuję, że mogę patrzyć przez wiarę, jak Ty cudownie rozwiązujesz tę sprawę i radować się Twoją obecnością. Dzięki wierze w moim sercu jestem ponad tym wszystkim i wierzę, że Ty doprowadzisz wszystkie moje zamierzenia w Tobie do wspaniałego końca. Dziękuję, że zawsze mogę doświadczyć Twej miłości, bo przecież „Twoja troskliwość czyni mnie wielką” Amen. Ten ostatni werset pochodzi z Drugiej Księgi Samuela 22, 36. Słowo przetłumaczone jako „wielkim/wielką” jest hebrajskim słowem „rabah”, które oznacza „mieć obfitość coraz większą i większą”, „wzrastać w autorytecie i pozycji”, „rozrastać się”, „przechodzić samego siebie w możliwościach”, „poszerzać swoje terytorium i wpływy”, „być w pełni zaspokojonym we wszystkim”. Czyż to nie jest cudowna obietnica do wyznawania nad swoim życiem? Po takiej modlitwie otrzymałam pokój serca i zapomniałam o swojej frustracji. Natomiast za niedługi czas trafiłam do docenta, a nie lek. Med. Tak więc wszystko obróciło się na moją korzyść, zgodnie z Bożą obietnicą z Rz 8, 28: “wiemy też, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra”.

Może jeszcze jeden przykład. Czasem rano nie mogę się dobudzić, czuję się bez sił i wstaję z łóżka z ociąganiem. Jest jednak Boża obietnica na taką okoliczność z Psalmu 23: „Pan jest pasterzem moim, niczego nie braknie”. Wyznaję więc: Pan jest moim pasterzem, troszczy się o mnie, a dzięki Jego trosce niczego mi nie brakuje. Nie brakuje mi siły, nie brakuje mi entuzjazmu, nie brakuje mi dobrego humoru, nie brakuje mi wiary, nie brakuje mi cierpliwości, nie brakuje mi miłości, nie brakuje mi energii życiowej. Nie brak mi też zdecydowania, aby wstać i chwalić Pana w tym nowym dniu, jaki mi daje. Amen. I wierzcie lub nie, moje nastawienie się zmienia i przychodzi to, co wyznaję. Mam przecież te skarby w Jezusie, tylko muszę zacząć je odgrzebywać!

Widziałam dziś w Poznaniu takie plakaty: “Poznań miastem bezpiecznych kierowców”. Czyż nie jest to swego rodzaju dobre wyznanie? Czy już wszyscy kierowcy jeżdżą bezpiecznie? Pewnie nie, ale to wyznanie ma narzucić pewien standard kierowcom Poznania i aż chce się temu podporządkować. Bardzo podobnie jest z modlitwą wyznawania.

Sięgajmy więc po skarby, które mamy w Jezusie, aby mieć pełnię w Nim (Ef 3, 19) i by nasze życie chrześcijańskie stawało się coraz bardziej obfite. Przecież Jezus po to przyszedł: “Ja przyszedłem, aby owce miały życie i miały je w obfitości” (J 10, 10). W Ewangelii Łukasza czytamy o rybakach, którzy całą noc łowili ryby i nic nie złowili, lecz na słowo Jezusa zarzucili sieć ponownie i zagarnęli w krótkim czasie takie mnóstwo ryb, że sieć się rwała (Łk 5, 4-7). Wierzę, że ta sytuacja ma też znaczenie symboliczne dla nas: choć w naszym życiu chrześcijańskim nie doświadczamy zaspokojenia, Jezus ma dla nas obfitość, ale uczyńmy, co On MÓWI – zróbmy to, do czego wzywa nas – na Jego słowo zarzućmy sieć naszego posłuszeństwa Jego słowu i wyznawajmy Boże obietnice nad naszym życiem z dziękczynieniem, aby w krótkim czasie zagarnąć przeznaczoną nam obfitość.

piątek, 14 marca 2008

Już w Polsce

Wróciłam do Polski na początku lutego, ale nie miałam kiedy nawet krótkiego posta napisać, gdyż wiele się działo. Na początku oczywiście oswajałam się z ojczyzną i zdobyczami cywilizacji. Nie mogłam sie wręcz nacieszyć elektrycznością i bierzącą wodą, nie mówiąc już o wannie :) Potem zaczęłam się czuć dziwnie źle i po paru dniach okazało się, że mam nawrót malarii. Na szczęście miałam dobre leki, które przywiozłam z Ugandy. Tak więc po dwóch tygodniach doszłam do siebie. Po koniec lutego przeniosłam się do Poznania, gdzie szukałam niedrogiego mieszkania i w końcu je szczęśliwie znalazłam. Pan jest wierny i jak wytrwale o coś prosimy, to nam to daje, bo daje to, co jest dobre dla swych dzieci. Biblia zachęca nas do prezyzowania swoich modlitw – ja też swoje sprecyzowałam i Pan mi dał dokładnie takie mieszkanie, jakie chciałam. Modliłam się o nie wytrwale i w niedługim czasie zobaczyłam rezultat swej modlitwy.

Podczas pobytu w Ugandzie, mniej więcj raz w miesiącu bywałam w Kampali i zatrzymywałam się w domu, który wynajmuje Faith dla młodzieży z wioski, która uczy się i studiuje w Kampali. Tuż obok tego domu znajdowała się dyskoteka prowadzona przez wiele lat przez młodą kobietę. Bardzo więc nie lubiłam pobytu w domu Faith, gdyż nie można było się tam w ogóle wyspać. Było to w listopadzie, gdy podczas kolejnego pobytu w Kampali w domu Faith zorientowałam się, że jest dziwnie cicho w okolicy. A jakież było moje zdumienie, gdy wieczorem usłyszałam pieśni uwielbienia Jezusa, płynące z tego samego miejsca, gdzie wcześniej była dyskoteka. Szybko mi wyjaśniono, że właścicielka dyskoteki nawróciła się i oddała życie Jezusowi, a dyskotekę zmieniła na miejsce spotkań chrześcijan. Wiem, że od wielu lat wiele osób modliło się za tę kobietę, aby znalazła Boga w swoim życiu. Wielkokrotnie głoszono jej Ewangelię, ale jej nie przyjmowała. W końcu jednak Pan dotarł do jej serca, zmieniając całkowicie kierunek dla jej życia. Kobieta ta wyznała, że nigdy nie była tak szczęśliwa jak teraz!

W listopadzie byłam też z koleżanką o imieniu Margaret na górze modlitwy. Modliłysmy się o wiele spraw i w ciągu dwóch miesięcy zobaczyłyśmy Bożą odpowiedź na prawie każdą z tych intencji modlitewnych. Niesamowite było to, co zdarzyło się Margaret w styczniu. Jej zaufanie Bogu zostało bowiem wystawione na wielką próbę. Margaret ma 33 lata i jest już wdową. Ma córkę oraz kilkoro młodzieży z dalszej rodziny na utrzymaniu, które dzięki niej uczą się w Kampali. Margaret miała jedno źródło dochodu – rentę z USA po mężu, który był Amerykaninem. Niestety w październiku ta renta została wstrzymana, a Margaret została zupełnie bez środków do życia. Miała też wzięty kredyt, a zastawem była ziemia. Margaret niestety zalegała z ratami od kilku miesięcy. Bank wyznaczył koniec stycznia jako ostateczna datę spłaty zaległych rat, w innym wypadku przejąłby tę ziemię. Margaret straciłaby wiele pieniędzy. Modliłyśmy się, aby Pan znalazł rozwiązanie w tej beznadziejnej sytuacji. Margaret sama modliła się w tej sprawie jak ta wdowa z przypowieści Jezusa, która nachodziła sędziego, aby ją wziął w obronę. W połowie stycznia Margaret spotkała ciocię, której od wielu lat nie widziała. Ta kobieta zaprosiła ją do siebie i w czasie rozmowy Margaret jej powiedziała jaki ma problem. Ciocia przejęta współczuciem, dała jej te pieniądze na spłatę kredytu! Margaret była niezwykle wdzięczna Bogu za tę cudowną interwencję i wszystkich naokoło zachęcała do wytrwałej modlitwy i postu. Modliłyśmy się też o męża dla niej, ale jak ona powiedziała: „Panie ja chcę Białego”, to trochę mnie to zdziwiło i muszę przyznać, że nieco bez wiary się o to modliłam, gdyż to byłby swego rodzaju cud. Nie uwierzycie! Margaret ma już narzeczonego i zgadnijcie jakiego koloru jest jego skóra? Jest Biały!

Mogłabym pisać wiele tego rodzaju świadectw ludzi z Ugandy, którzy z wiarą konkretnie i wytrwale prosili Boga o swoje potrzeby i otrzymywali odpowiedź. To ważne, aby w modlitwie wiedzieć, czego się chce. To zupełnie jak z listą prezentów na święta. Cieszą nas niespodzianki, ale jeśli mamy jakąś potrzebę i dostajemy dokładnie to, co chcieliśmy, sprawia nam to wielką radość. Tak samo Ojciec Niebieski cieszy się z obdarowywania swoich dzieci.

W czasie prowadzenia projektu „Nowy Dom Dziecka – Nowa Nadzieja” prawie każdego ranka siadałam za domem i modliłam się, aby Pan poruszał serca ludzi do przysyłania pieniędzy na ten projekt. Modliłam się też, aby ludzie, którzy mnie nie znają jakoś do mnie trafiali i byli zachęceni przez mojego bloga. Modliłam się, aby Pan sprawiał zaufanie ludzi do mnie, szczególnie tych, co mnie nie znają, aby decydowali się wspomóc ugandyjskie sieroty. W czasie trzech miesięcy przyszło około 60.000 zł, z czego mogliśmy zrobić wiele dobrego w tamtym miejscu. Za te pieniądze zostały kupione meble do domu dziecka oraz inne potrzebne artykuły, materace, pościel, naczynia, itp. Została zamontowana też bateria słoneczna wraz z alarmem, zbudowany plac zabaw, została kupiona ziemia pod uprawę, postawiony mały kurnik, zbudowana nowa kuchnia, założony warsztat ślusarski, którego dochód ma być przeznaczany na potrzeby sierot w domu dziecka. Zostały też wstawione szyby w okna, zbudowane prysznice (czyli pomieszczenia, gdzie się bierze miskę z wodą, aby się umyć) i toalety oraz zaczęte tynkowanie zewnętrzne. Został też zapłacony dług ok. 2500zł za czesne szkolne dzieci. Kupiliśmy również dwumiesięczny zapas jedzenia dla domu dziecka. Poza projektem przyszło też 4500zl na prezenty swiąteczne dla 84 dzieci oraz na budowę glinianego domu dla wdowy z osmiorgiem dzieci. Piszę te szczegóły, gdyż jestem pod wrażeniem tego, co razem dokonaliśmy. Kiedy zaczynałam ten projekt pod koniec października, marzyłam o zgromadzeniu 25 tys. zł. Przysłaliście dwa razy wiecej. To cud! Coś, co absolutnie mnie zaskoczyło i oszolomiło. Dziekuję też za Wasze zaufanie. Dzieci z domu dziecka też wytrwale się modliły o to, by ich potrzeby zostały zaspokojone i też mogły zobaczyć odpowiedź na swoją modlitwę. Pan im otworzył „okna niebieskie”.

Wiem, że wielu z Was jest zainteresowanych, czy w końcu otworzyliśmy nowy dom dziecka.W srodę 30 stycznia po południu uroczyście otworzylismy nowy dom dziecka! Na zdjęciu widzicie dzieci przecinające wstęgę. Jeszcze raz dziękuje za to, ze daliście się namówic do tego, aby razem zrobić coś wielkiego dla sierot w Ugandzie! Ten dom bedzie stale przypominał im o Waszej wielkodusznosci oraz o tym, że są ludzie (biali), którym zależy na nich. Dla tych sierot ten dom to Wasza "praktyczna" miłość.

Piszę o powodzeniu tego projektu, nie żeby się czymś chwalić, a jedynie chwalić wielkiego Boga, który jest zawsze zainteresowany odpowiadaniem na nasze modlitwy. Nasuwa się więc pytanie: dlaczego więc niektórzy z nas od wielu lat wciąż nie otrzymują odpowiedzi na swe modlitwy. Trudno tak ogólnie odpowiedzieć. Ja jednak mam swój prywatny weryfikator. W sytuacji, gdy modlę się dłuższy czas o coś i nie otrzymuję to zastanawiam się, czy to jest zgodne z wolą Bożą i jeśli widzę w Biblii, że jest to wtedy zaczynam od skruchy i nawrócenia, od zbadania swego serca, czy jest wierne Panu. Modlę się, aby Bóg mi pokazał rzeczy, które mogą stać na drodze odpowiedzi na moją modlitwę. Potem modlę się konkretnie i poszczę, aby wyraźniej zobaczyć swoje serce. Gdyż celem postu jest szukanie Boga i ukorzenie się przed Nim z biblijnym wyznaniem, że "człowiek nie samym chlebem żyje, ale każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych." Tak więc czytam też więcej Biblii w czasie postu, napełniając swe wnętrze chlebem słowa Bożego, a umysł Bożymi myślami, by zobaczyć Bożą perspektywę na to, co się dzieje w moim życiu. W miarę możliwości angażuję też swoich wierzących przyjaciół, aby ze mną modlili się o te sprawy, w których oczekuję zmiany. Szukam inspiracji w Biblii, zachęt z Bożych odpowiedzi na modlitwy osób z Biblii i modlę się Bożymi obietnicami dotyczącymi danej dziedziny życia, w której oczekuję przełomu. I od wielu lat moim świadectwem jest to, że zawsze Bóg rozwiązuje wszelkie problemy i odpowiada na moje potrzeby. Niejednokrotnie w Jego czasie, a czasem odkrywam, że fakt, iż Bóg nie odpowiedział szybko na moją modlitwę nie był związany z tym, że On nie był tym zainteresowany, ale raczej, że się źle modlilłam („modlicie się, a nie otrzymujecie, bo się źle modlicie, starając się TYLKO o zaspokojenie swoich rządz” List św. Jakuba). Biblia nam też podpowiada: „starajcie się najpierw o Królestwo Boże i jego sprawiedliwość, a wszystko inne będzie wam dodane” - na tym wersecie się NIGDY nie zawiodłam.

Poniżej umieszczam informację o moich kolejnych dwóch projektach. Fakt, że jestem już w Polsce wcale nie oznacza, że zakończył się mój czas pomocy ugandyjskim sierotom. Zachęcam Was do włączenia się w te projekty. Proszę o kontakt na maila w tej sprawie.

Projekt "Moje dziecko z Ugandy"

Zachęcam do wyboru dziecka lub dzieci z Domu Dziecka „HomeAgain" w wiosce Kaihura w Ugandzie jako adopcji materialno-emocjonalnej. Dzieci są pod opieką organizacji „Bringing Hope To The Family".

W projekcie „Moje Dziecko z Ugandy" bierzesz pod opiekę materialną dziecko, decydując się na regularne miesięczne finansowe wsparcie i kontakt z wybranym dzieckiem (korespondencja w języku angielskim). Obecnie dzieci mają bardzo złe wyżywienie, jedząc codziennie przez okrągły rok posho (gotowaną mąkę kukurydzianą), fasolę i kapustę. Rzadko jedzą mięso (raz w miesiącu), niezmiernie rzadko chleb z margaryną (to było ich życzenie świąteczne), prawie nigdy słodyczy. Nie mają butów, ani więcej nizż 3 zmiany odzieży. Nie mają rodziny i nikogo, kto by się zatroszczył o ich przyszłość.

Miesięczny koszt wyżywienia i ubrania jednego dziecka to około 125 zł. Trzymiesięczne czesne za szkołę podstawową to około 200 zł, a szkołę średnią 300 zł. W przyszłosci za kilka lat niektóre z tych dzieci chciałyby studiować lub skończyc kursy zawodowe. Bez Waszej pomocy być może nie zrealizują swoich marzeń.

Proponuję więc 200 zł jako miesięczne wsparcie dla Twego Dziecka w Ugandzie. Jeśli 200 zł dla jednej osoby jest zbyt wiele, można przecież namówić rodzinę lub przyjaciół i razem włączyć się w budowanie jaśniejszej i pełnej nadziei przyszłości tych sierot.

Istnieje oczywiście możliwość czasowego wsparcia wybranego dziecka. Proszę o kontakt na maila w sprawie przesłania listy dzieci z domu dziecka.

Pragnę dodać, że pieniądze trafią bezpośrednio do organizacji „Bringing Hope" i w całości zostaną przeznaczone na potrzeby Twego Dziecka w Ugandzie.

Projekt „Mleko dla dziecka HIV+"

W Ugandzie, podobnie jak w wielu krajach Afryki, nadal jest wysoki odsetek chorych na AIDS. W najgorszym położeniu są dzieci, które będąc HIV+ są znacznie częściej narażone na zachorowanie i śmierć, niż ich zdrowi rówieśnicy. Zapewniając im pewien suplement żywnościowy każdego dnia (litr mleka, jedno jajko, kaszkę ze zboża zwanego milet, które jest bogate w witaminy, mikro i makroelementy oraz soję) poprawiamy ich odporność, jednocześnie dając im szansę na zdrowsze życie. Miesięczny koszt tego rodzaju suplementu kosztuje na jedno dziecko około 60 zł. Organizacja „Bringing Hope To The Family" ma pod opieką ponad 150 dzieci (w większości sierot) chorych na AIDS. Pieniądze na ten cel można przelewać na numer konta podany na stronie. Dziękujemy!

Na zdjęciu ja i Ester (HIV+).

poniedziałek, 28 stycznia 2008

Tyfus i Boża opatrzność

Myślę, że każdy z nas doświadczył chociaż jednego cudu w swoim życiu. Niezwykłej Bożej interwencji w trudnej sprawie, uzdrowienia fizycznego, uwolnienia, wyprostowania pokręconych życiowych ścieżek i wysłuchania różnego rodzaju modlitw. Ja również jestem w gronie tych ludzi, którzy doświadczyli realności Boga w swoim życiu i Jego obecności pośród problemów oraz mocy Jego działania.

Jak wiecie, byłam chora na malarię. Doświadczyłam niezwykle przykrych objawów tej choroby, o czym pisałam w poprzednim poście. Oddaję chwałę Bogu, bo w krótkim czasie doszłam do zdrowia, choć w międzyczasie zachorowałam też na tyfus. Wiele osób się za mnie modliło o uzdrowienie i wierzę, że fakt tak szybkiego powrotu do zdrowia był cudowną Bożą interwencją.

Pisałam kiedyś o Paulu, którego Bóg wezwał do założenia góry modlitwy za narody, a który stał się moim drogim przyjacielem i partnerem w modlitwie. Paul jest bratem Ewy, opiekunki w domu dziecka. Niestety dwa tygodnie temu Paul miał poważny wypadek, bo został potrącony przez samochód. Zadzwoniono do Faith, informując o tym zajściu. Faith znalazła Paula w ciężkim stanie, nieprzytomnego w „szpitalu” (nic tam nie ma oprócz kilku łóżek i jakiś podstawowych leków) w pobliskim mieście Kyenjojo. Zdecydowała, aby go zabrać do Fort Portal do szpitala. W czasie podróży wydawało się, że to jego ostatnie chwile życia. Ludzie dowiedziawszy się o jego wypadku, zaczęli się modlić o jego szybki powrót do zdrowia. Po kilku dniach spędzonych w szpitalu w Fort Portal okazało się, że stan zdrowia Paula się pogarsza, więc Faith zdecydowała przewieść go do Kampali do bardzo dobrego i bardzo drogiego szpitala. Koszt transportu i leczenia miał być około $2000! Faith nie miała tych środków, ale zabrała go przez wiarę, że Bóg przywiedzie kogoś, kto zapłaci za leczenie Paula. Gorąco się o to modliliśmy. Po krótki czasie zgłosiła się pewna kobieta z USA, która zdecydowała się pokryć ten koszt. Dla nas wszystkich był to absolutny cud, bo ta kobieta pojawiła się „znikąd”.

Bóg mówi w Biblii w Izajasza 44 i 45 „Tak mówi Pan, twój Odkupiciel, Twórca twój jeszcze w łonie matki: Jam jest Pan, uczyniłem wszystko, Sam rozpiąłem niebiosa, rozpostarłem ziemię; a któż był ze Mną? To Ja mówię Jeruzalem: Będziesz zaludnione, i miastom judzkim: Będziecie odbudowane. Ja podniosę je z ruin (…) aby wiedziano od wschodu słońca aż do zachodu, że beze Mnie nie ma niczego. Ja jestem Pan, i nie ma innego. Ja tworzę światło i stwarzam ciemności, sprawiam pomyślność i stwarzam niedolę. Ja, Pan, czynię to wszystko”. Bardzo lubię ten fragment, bo mówi mi o moim Bogu, w którego wierzę. O Bogu, dla której nie ma rzeczy niemożliwej. Kiedy łączę to z zachętami ku modlitwie walki duchowej z Nowego Testamentu, widzę jak Pan jest zainteresowany budowaniem „czegoś z niczego” i „odbudowywaniem z ruin” różnych sfer naszego życia. Ten sam Pan jest w stanie stworzyć pomyślność w naszym życiu, kiedy czujemy, że jej jest nam brak. Ten sam Pan powołał „znikąd” tę kobietę, która postanowiła zapłacić za leczenie Paula.

Ktoś może zapytać: „czemu Bóg go nie uzdrowił, oszczędzając kosztów szpitala?” W Księdze Izajasza 45, 9-11 Bóg mówi: „Biada temu, kto spiera się ze swoim twórcą, dzbanowi spomiędzy dzbanów glinianych! Czyż powie glina temu, co ją kształtuje: Co robisz? Czy jego dzieło powie mu: Niezdara! Biada temu, kto mówi ojcu: Coś spłodził? Albo niewieście mówi: Co urodziłaś? Tak mówi Pan, Święty Izraela i jego Twórca: Czyż wy Mnie będziecie pytać o moje dzieci i dawać Mi rozkazy co do dzieła rąk moich?” Ja wiem jedno, że ta kobieta nie mogłaby doświadczyć ubłogosławienia przez Boga, poprzez szansę uczynienia czegoś dobrego dla przyjaciela w potrzebie. Myślę, że powinniśmy zmieniać nasze myślenie co do dawania. Pan Jezus powiedział, że „więcej jest szczęścia w dawaniu, niż w braniu”. Myślę, że wielu z nas tego doświadczyło.

Wielu z Was przysłało swoje pieniądze na „moje” sieroty. Nazywam je „moje”, ponieważ wierzę, że Pan mi je powierzył. I są niejako moimi dziećmi. Przez Waszą pomoc są i Wasze! Jak Waszych własnych dzieci nie możecie się ich wyprzeć. Proszę nie poprzestańcie na jednorazowej pomocy! Wciąż organizacja nie ma pieniędzy na ich lepsze wyżywienie oraz zapłacenie czesnego za szkołę!

W ubiegłym tygodniu przywieziono pięcioro rodzeństwa (widzicie je na zdjęciu z Faith). Najstarsze ma 16 lat, a najmłodsze 2 lata. To małe dziecko jest HIV+, pozostałe dzieci są zdrowe. Ojca nie znają, a matka zmarła w grudniu. Nie mają nikogo, kto mógłby się nimi zaopiekować! Czy możecie sobie wyobrazić taką tragedię! Być dzieckiem pozostawionym samym sobie! Bez rodziny, bez troski kogoś dorosłego! W takiej sytuacji jestem ogromnie wdzięczna Bogu za tego rodzaju organizacje jak „Bringing Hope To The Family” i to, co robi dla sierot w okolicy! Jak zaczęliśmy budowę nowego domu dziecka, Faith powiedziała: „Honia, czuję, że dzieje się to, ponieważ niebawem dołączą nowe dzieci”. Faith nie szuka sierot, aby je otoczyć opieką, one same ją znajdują. Podobnie jak 13-letnia Moreen, która trafiła do domu dziecka miesiąc temu. Sierota, którą opiekowała się starsza siostra, a jak się okazało, prowadziła w domu melinę. Moreen mieszkała w Kaihurze (naszej wiosce) i przyszła do Faith prosząc, aby ją zabrała z tamtego domu. Pan jest dobry! Daje nam szansę zatroszczenia się o sieroty i biednych. Niech to nas napawa radością, gdyż Pan daje nam szansę usłużenia Jemu samemu w każdym potrzebującym!

Wspomniane wyżej pięcioro rodzeństwa miało w stopach po kilka gigar (nie wiem, co to jest po polsku, bo nie mogę tego znaleźć w słowniku). Jest to maleńki robak, który wrzyna się w skórę (najczęściej stopy) i składa tam jajka, namnażając się w ciele. Niestety sama go miałam w sierpniu i dlatego wiem, jak bardzo jest to bolesne i przykre. Jeżeli nie usunie się go wcześnie, to może w pewien sposób paraliżować mięśnie stopy. Kiedy widziałam cierpienie tych dzieci, kiedy im czyszczono stopy z tych gigar, to płakać mi się chciało i jednocześnie było to coś tak obrzydliwego, że nawet nie chciałam na to patrzeć. Jedno dziecko miało ich nawet kilkanaście, niemal jeden na drugim. Taka jestem wdzięczna Bogu za to, że ja i moi przyjaciele możemy być tymi, którzy przynoszą nadzieję tym sierotom! Wierzę, że wspólnie uczynimy jeszcze więcej dla nich.

W niedzielę wieczorem rozmawiałam z pewną kobietą, bezrobotną nauczycielką, wdową z czwórką dzieci. Po śmierci jej męża, szwagier wyrzucił ją z domu jej męża i pozostawił samej sobie. Ktoś jej powiedział o „Bringing Hope”. Po rozmowie z Faith została z dziećmi umieszczona w budynku internatu szkoły zawodowej. Brzmi nieźle, ale wcale nie jest tak kolorowo, gdyż jest to budynek wciąż nieskończony, bez łazienek i łóżek, bez niczego praktycznie. Ta kobieta jest jednak nieprawdopodobnie wdzięczna Bogu za „Bringing Hope” i pomoc, jaką otrzymała. Faith mówi, że musi ich gdzieś ulokować, bo nie mogą zostać w internacie, gdyż niedługo wraca młodzież po wakacjach do szkoły zawodowej, która zresztą mieści się w tym samym budynku. Mam w sercu wybudować im dom. Taki, jak dla sąsiadów – z gliny, ale pokryty dachówką. Kupić im łóżka i pościel, i modlić się o pracę dla tej kobiety. Jej dzieci są bardzo bystre i mają ambicje zostania lekarzami (dwóch chłopców) i prawnikiem (jedna córka). Jeśli ktoś z Was chciałby przesłać pieniądze na ten cel, to koszt budowy domu to $400 plus łóżka i pościel $200.

Mam tak wiele do pisania, a tak niewiele czasu. Bądźcie pewni, że po powrocie do Polski nadal będę pisać bloga przez jakiś czas, dzieląc się wrażeniami z mego pobytu w Ugandzie. Na tę chwilę mam pomysły na kolejne pięć postów. Wracam do Polski 2 lutego :( Nie chcę się rozstawać z tym miejscem, gdyż zżyłam się z ludźmi i kocham to miejsce. Wierzę jednak, że zakończyłam to, do czego Bóg mnie tu wezwał i oczekuję objawienia się Jego woli, co do mojej dalszej służby. Dziękuję Bogu za każdą i każdego z Was, którzy czujecie się zachęceni moim blogiem. Tylko Jezusowi chwała, bo dzieło, które On we mnie zapoczątkował, kontynuuje i kiedyś zakończy. Czekam z niecierpliwością na zobaczenie Go twarzą w twarz, aby Mu podziękować, że mnie odnalazł i nadał wieczny sens memu życiu. Alleluja!

piątek, 11 stycznia 2008

Brak paliwa i malaria

Właśnie siedzę na niewygodnym stołku w nowym budynku domu dziecka. Prace wykończeniowe posuwają się w wolnym tempie, gdyż wskutek trzykrotnego wzrostu cen paliw w Ugandzie, wzrosły również koszty transportu i z tego powodu część murarzy nie wróciła do pracy po przerwie świątecznej. Niestety oprócz tego, że paliwo jest kilkakrotnie droższe to na dodatek nie można go dostać. Jest to bardzo trudna sytuacja dla całej ludności Ugandy, a także innych krajów, które kupowały paliwo z Kenii. Wzrosły bowiem ceny wszystkiego. Tak mnie to boli, bo ci ludzie i tak są biedni, a teraz na wszystko wydawać znacznie więcej. Uganda oraz kilka ościennych krajów kupujących paliwa z Kenii, przeżywa kryzys gospodarczy, który jest konsekwencją zamieszek w Kenii. Po wyborach prezydenckich rozgorzały walki w Kenii zainicjowane przez opozycję. Wskutek tego do tej pory zginęło kilkaset osób. Były również podpalane kościoły wraz z wiernymi chroniącymi się przed oprawcami w środku. Ogarniajmy modlitwą Kenię oraz wierzących, aby w czasie tej próby wiary nasi bracia i siostry się ostali, pamiętając, że co „wystawia wiarę na próbę, rodzi wytrwałość” (Jk 1, 3). My także tutaj modlimy się za Kenię, wierząc, że wkrótce nastanie oczekiwana stabilizacja.

Kilka dni temu przybyli do domu Faith misjonarze z Kanady, którzy wcześniej przebywali w Kenii. Kilkoro z nich jest przyjaciółmi Faith. Opowiadali, jak makabryczne rzeczy się dzieją teraz w Kenii, o czym nawet prasa nie pisze. Walki i rozruchy są właściwie w całej Kenii i o dziwo tam również nie ma paliwa. Ci ludzie przeszli prawdziwe trudności w przebyciu całego dystansu przez Kenię i dotarciu do granicy. Narażali swe życie, gdyż różne bandy czatują przy drodze. Jest na szczęście też dużo wojska, które stara się utrzymywać jako taki spokój. Mają teraz wziąć udział w kilku konferencjach chrześcijańskich w Ugandzie i za jakiś czas planują wrócić do Kenii, o ile będzie tam spokojniej. Mieli oni głosić na konferencji młodzieżowej, którą Faith organizowała w wiosce. Miało na nią przybyć na początku stycznia około 500 młodzieży, ale konferencja została odwołana wskutek epidemii wirusa ebola. Rząd zabronił wszelkiego rodzaju publicznych zebrań i konferencji.

Ci misjonarze zostają z nami tylko do najbliższej niedzieli, planując powrót do Kenii, gdzie zamierzają zostać do kwietnia. Jest wśród nich małżeństwo, które duchowo adoptowało dwóch chłopców z domu dziecka – Johna i Enocha. Były to pierwsze dzieci domu dziecka. Właśnie w czasie pierwszego pobytu tych misjonarzy w BH trzy lata temu, John pochował swego ojca, który zmarł wskutek AIDS. Jego mama umarła wcześniej. Nie miał absolutnie nikogo, kto by się o niego zatroszczył. Jedyny bliski krewny - dziadek, zaraz po pogrzebie wyrzucił Johna i jego siostrę z domu. Faith nie planowała wtedy prowadzić domu dziecka, ale kiedy John przyszedł do niej prosząc o pomoc, po prostu go przygarnęła do siebie i umieściła w walącym się budynku szkoły zawodowej (gliniany dom 2m na 2m), gdzie przebywało również kilka dziewcząt, ucząc się krawiectwa. Ewa, obecna opiekunka domu dziecka, była wtedy jedną z uczennic tej szkoły. W ciągu trzech kolejnych lat bezdomne dzieci zaczęły przychodzić do Faith, które zaczęła umieszczać w nowym, ale ciasnym budynku. W chwili obecnej jest 35 mieszkańców domu dziecka, ulokowanych w 5 małych pokojach oraz tym starym glinianym domu. Planujemy już na dniach przeprowadzkę do nowego domu dziecka.

Jak pisałam na początku, jestem właśnie w nowym budynku domu dziecka, ciesząc się darmowym dostępem do źródła energii, gdyż mamy już zamontowaną baterię słoneczną! Radość z jej posiadania wyrażają codziennie dzieci, które czują się niesamowicie dumne, że jako jedyni we wsi mają prąd. Bateria słoneczna została zainstalowana przed świętami, ale było tylko światło. Nie było jeszcze prądu w gniazdkach, które właśnie przedwczoraj zostały zamontowane i już nie musimy się martwić cenami paliwa, bo możemy zasilać laptopy w domu dziecka oraz korzystać z darmowego Internetu :)

Niesamowite jest to, jak Pan zatroszczył się o nasze potrzeby internetowe, zapewniając nam baterię słoneczną we właściwym czasie. Dziękujemy Bogu za sponsorów baterii słonecznej! Musimy znaleźć jeszcze tylko 900zł na zamontowanie alarmu, bo okazuje się, że taka bateria to niezły kąsek dla złodziei. Dwa dni temu jeden taki niedoszły złodziej został złapany przez chłopców z domu dziecka i zaprowadzony na policję. Tak więc apeluję kochani, jeśli by ktoś miał na sercu wysłanie tej kwoty na zabezpieczenie baterii – będziemy wdzięczni!

Niedługo zacznie się mój ostatni tydzień w Ugandzie. Nie wiem wprawdzie, kiedy dokładnie wylecę, gdyż mój bilet lotniczy jest przez Nairobi w Kenii, a jak pisałam wyżej jest tam niebezpiecznie w tym czasie. Nie mam więc jeszcze zarezerwowanego biletu. Oddaję to jednak Panu, wierząc, że Pan może wyprostować każdą pokręconą ścieżkę. Oczywiście nie opuszczę Ugandy bez zakończenia projektu domu dziecka. Muszę dopilnować, że wszystko jest zgodnie z moimi oczekiwaniami – najlepiej, jak tylko może być dla dzieci, które codziennie się mnie pytają: „ciociu Akiiki, kiedy się wprowadzimy?”

Wszystko, co pisałam powyżej, zostało napisane tydzień temu, jednakże wskutek gwałtownego pogorszenia się mojego samopoczucia, nie zostało dokończone. Niestety zachorowałam na malarię. Po świętach bolał mnie kręgosłup i kręciło mi się w głowie, ale myślałam, że to wskutek zmęczenia pracami związanymi z moim projektem. Następnie zaczął mnie boleć kark w taki sposób, jak czasem boli, bo źle się spało. Do tego dołączyła się nieopisana senność i zawroty głowy, ale nikomu nic nie mówiłam, czekając na poprawę. Kiedy jednak dostałam dreszczy w bardzo ciepły dzień, zrozumiałam, że od dwóch tygodni miałam objawy malarii. Wskutek nieleczenia malarii od samego początku, pasożyt zdążył się już znacznie namnożyć, dlatego zaczęłam cierpieć więcej dolegliwości, które z czasem już trudno było odróżnić od skutków ubocznych leków. Miałam wysoką gorączkę przez kilka dni. Mdłości i wymioty. Ból w klatce piersiowe. Koszmary senne (ponoć jest to typowe dla malarii, Faith mawia: "dlatego wiadomo, że to jest diabelska choroba". Ogólne osłabienie. Bóle głowy i oczu, nawet moje łzy były toksyczne, gdyż kiedy płakałam z bólu, bardzo mnie piekły na twarzy. Miałam (i mam do tej pory) swędzącą wysypkę na całym ciele i liszaje na twarzy, nie wspominając o grzybicy ust i dłoni oraz braku apetytu, a także opuchliźnie na nogach i rękach. Najbardziej chyba jednak przykre były bóle mięśni i stawów. Jednego dnia nie była w stanie podnieść widelca z jedzeniem do ust, ani się uczesać, ani nawet przejść parę kroków, gdyż miałam ból w absolutnie każdym stawie. Nadal mam ból w nadgarstkach, nawet pisanie na klawiaturze sprawia mi ból.

W tym czasie bycia w łóżku, zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo samotni się czują chorzy i jak bardzo potrzebują naszego towarzystwa. Jezus też mówił: „Byłem chory, a odwiedziliście Mnie” (Mt 25, 43). W tym czasie Pan dał mi cudowny prezent, a mianowicie dzieci z wioski przyszły do mnie i przez godzinę śpiewały dla mnie i tańczyły. Bardzo byłam Panu za to wdzięczna. Widzicie ich na zdjęciu.

Zachęca mnie jednak to co w 2 Liście do Koryntian Paweł Apostoł pisze: „Z siebie samego nie będę się chlubił, chyba że z moich słabości. Aby zaś nie wynosił mnie zbytnio ogrom objawień, dany mi został oścień dla ciała, wysłannik szatana, aby mnie policzkował - żebym się nie unosił pychą. Dlatego trzykrotnie prosiłem Pana, aby odszedł ode mnie, lecz (Pan) mi powiedział: Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali. Najchętniej więc będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa. Dlatego mam upodobanie w moich słabościach, w obelgach, w niedostatkach, w prześladowaniach, w uciskach z powodu Chrystusa. Albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny” (2Kor 12, 5-10).

Tak więc i ja z tego się mogę chlubić, że będąc sześć miesięcy na misjach w Ugandzie doświadczyłam tego rodzaju słabości i niemocy, jakich nigdy w takim natężeniu nie doświadczyłam w moim życiu. Wielokrotnie było mi ciężko psychicznie, duchowo i fizycznie, ostatnio będąc ciężko doświadczona malarią. We wszystkim tym jednak ogłaszam, że w Jezusie jestem zwycięska (Rz 8, 37), wierząc, że moc Jezusa potężnie działa we mnie (Kol 1, 29), uzdalniając mnie do pokonania tych trudności oraz będąc pewna Jezusa, który jest „mocny we mnie” (2Kor 13, 3).

Choć więc nadal cierpię z powodu malarii i codziennie mam jakiś nowy ból w jakiejś części ciała to jednak wiem, że nie ma niczego, co mogłoby mnie trwale zatrzymać w biegu, jaki Jezus dla mnie zaplanował. Mam Jego dzieło do wykonania i choć na jakiś czas byłam zatrzymana chorobą, to jednak duchowo gotowa do zmierzenia się z każdą trudnością. Kiedy bowiem doświadczam słabości, tylekroć mam okazję zdać się na Jezusa, oczekując Jego mocy potężnie działającej we mnie oraz objawienia się Jego chwały. Te rzeczy dzieją się, abym nie mogła na końcu tego dzieła powiedzieć: „ja Honorata tego dokonałam”. Prawda jest taka, że choć wielu z Was mnie podziwia, to tak naprawdę podziwiacie łaskę Jezusa potężnie działającą we mnie i uzdalniającą mnie do pokonania wszelkich trudności i bycia zwycięską we wszystkim. I całą chwałę oddaję Jezusowi, niczego bym tu nie dokonała, gdyby nie Jego łaska i już po tygodniu wyjechałabym z Afryki. Raz Pan mi powiedział: „nie patrz na to, możesz albo nie możesz uczynić, ale na to, co Ja mogę uczynić przez Ciebie”. I tym się cieszę, że mocna czy słaba idę z Jezusem drogą, w którą wyruszyłam wiele lat temu…